Idę stąd

Przepraszam za zamieszanie, ale wracam na:

www.bajka-heidi.blog.onet.pl

Mimo wszystko tam jakoś lepiej się czuję, archaizm i zacofanie blogowe, ale trudno…  Dużo tych notek, głupiutkich trochę. Niech sobie będą. Tak już jest…

Posted in Uncategorized | 2 Comments

Rysunki

Jest tak smutno. Za oknem pada deszcz a mój blog jest biały i brzydki. Trzeba coś z tym zrobić. Pokażę może jakieś prace, relatywnie nowe. Nie mam zbytnio ochoty na opisywanie każdej z nich. Niektóre nie mają za bardzo sensu, ale wyglądają całkiem ładnie. 

Dzisiaj w tej całej ekscytacji śniło mi się, że kupiłam z Olkiem balon wypełniony helem. Balon był wielki i czerwony, trzymałam go kurczowo, żeby nie odleciał, strasznie się śmialiśmy, niestety, gdy wyszliśmy z podwórka mojej babci (?) okazało się, że uszło już z niego całe powietrze i niezwykle rozbawiona rzuciłam balon na ziemię, Rafał, mój brat, wkurzył się jednak strasznie i nakrzyczał na mnie, że nie wolno tak śmiecić.

Gdzie w Łodzi można kupić balony wypełnione helem?

Posted in Uncategorized | 3 Comments

Dlaczego nie

Lubię czasem sprawdzać, jakie są najczęściej zadawane pytania na Googlach. Nie wiem, czy kiedyś się w to bawiliście, ale możecie własnoręcznie sprawdzić, że kiedy wpiszecie „czy”, podpowiedzą Wam w sposób następujący:

1. czy wiesz że

2. czy on mnie kocha

3. czy wampiry istnieją

4. czy jestem ładna

5. czy pasujemy do siebie

 Jeśli przyjdzie Wam do głowy pytać „dlaczego”, wyszukiwarka pomocnie wskaże:

 1. dlaczego ja

2. dlaczego nie

3. dlaczego mężczyźni kochają zołzy

4. dlaczego niebo jest niebieskie

5. dlaczego ja online

Wpisując „czemu”, wyświetli się kolejno:

1. czemu nie ma henia

2. czemu cukier drożeje

3. czemu tak jest

4. czemu cukier podrożał

5. czemu nie ma henia kabaret

 Jeżeli zaś nie chcesz o nic pytać, a dobrze wiesz czego chcesz, Google podpowie:

1. chcę schudnąć

2. chcę tu zostać

3. chcę umrzeć

4. chcę się zabić

5. chcę być piękna

 A jednak dzisiaj postanowiłam zadać pytanie. Zaczynało się od „ile”, chociaż próbowałam również z „gdzie”. Chciałam się dowiedzieć, ile kilometrów jest w stanie przebyć mały balon wypełniony helem, a także gdzie może takowy zawędrować.

Nie znalazłam zbyt wielu informacji.

Ktoś napisał na jakimś forum, że czasem taki balon może zostać znaleziony nawet sto kilometrów od miejsca, w którym został puszczony. Ta informacja wzbudziła we mnie nadzieję. Jednak komentarze na innych stronach nie były zbyt optymistyczne. Szacowano tę odległość na dwa kilometry bądź dziesięć może najwyżej. Ale nikt tak czy inaczej nie wydawał się jakoś wyjątkowo zainteresowany tematem, wypowiedzi brzmiały dość beznamiętnie.

 Wniosek – muszę to zbadać sama.

(Ciąg dalszy nastąpi).

Posted in Uncategorized | 1 Comment

Brzmienie słów

Wiem, że trochę wyszłam z wprawy. Jeśli chodzi o radość taką szczerą wyszłam z wprawy. Ale żeby było jasne, co do tych dziwacznych zdanek, to tak specjalnie napisałam, żeby brzmiały jak głupiutkie, durne… Po prostu ostatnio interesuje mnie samo brzmienie słów, a także ich różne zestawienia.

To mnie bardzo bawi.

Albo też, jakkolwiek kuriozalnie to zabrzmi, wzrusza.

Na przykład bardzo mnie rozczulają nazwy niektórych ulic. Jest kilka takich miejsc w Łodzi, których nazwy szczególnie na mnie oddziałują. Najbardziej Rondo Lotników Lwowskich. Nie wiem czemu, ale zawsze, gdy głos z głośników anonimowy i oficjalny zapowiada „Następny przystanek: Pabianicka – Rondo Lotników Lwowskich”,aż przechodzą mnie dreszcze. To brzmi tak majestatycznie i wzniośle. Może to kwestia intonacji, z jaką mówi owe słowa mężczyzna tajemniczy. Nie wiem, lecz brzmi to pięknie.

Gdy kiedyś szłam rano do liceum położonego na Dąbrowie i była straszna mgła, pomyślałam o „Siekierezadzie” i powiedziałam do siebie samej: „Tego dnia Dąbrowa była spowita mgłą, tą mgłą…”. Uważałam, że fajnie, iż moja szkoła mieści się właśnie na Dąbrowie, bo to brzmi pięknie i tak dojmująco.

Co innego, gdyby moja szkoła mieściła się na przykład na Kuraku. To nie brzmi dobrze – „Kurak spowity mgłą”.

Są też oczywiście słowa, które uważam za durne, bądź też, takie zestawienia wyrazów, które uważam za istnie idiotyczne. Przychodzą mi do głowy trzy przykłady.

Jakiś czas temu pojechałam z mamą do sklepu i kupiłyśmy duże, suche wafle. Jak bardzo rozbawiona byłam, gdy przeczytałam ich nazwę. „Wafle suche, prostokątne”. Rechotałam jak głupia bez opamiętania całą drogę do domu, absolutnie powalona esencją prostolinijności językowej, trafnością określenia i zniewalającą wręcz klarownością sytuacji. Śmiałam się, aż rozbolał mnie brzuch, ale nie mogłam przestać, moja mama zaś kiwała tylko głową.

W zeszłym tygodniu jechałam tramwajem i oglądałam krajobrazy jak zwykle oraz myślałam o rzeczach przeróżnych, jak zwykle zamartwiałam się prawdopodobnie, zastanawiałam się nad przyszłością i nad tym dokąd zmierzam i skąd pochodzę. Mijałam budynki ogromne i pofabryczne, nagle patrzę na bilbord i widzę zmartwioną kobietę starannie umalowaną, marszczącą brwi w skupieniu i kurczowo trzymającą w ręku słuchawkę od telefonu na tle białym, jednolitym. Nad jej głową było napisane „Chichot losu”. Strasznie zaczęłam się śmiać.

Trzecie zestawienie bawi mnie już w sumie od dawna, wciąż jednakowo budzi we mnie radość niezmierną i humor mi poprawia oraz na wyobraźnię działa. Ma związek z programem pewnym telewizyjnym również (czy to jakiś zbieg okoliczności?). Brzmi… „Potyczki Jerry’ego Springera”. POTYCZKI!!! Zaraz padnę. POTYCZKI…

W każdym razie interesuje mnie brzmienie słów, jak już wcześniej powiedziałam, bo mocno na mnie działają. Dlatego lubię przeglądać słownik wyrazów obcych na przykład. Gdy piszę coś w Wordzie, często sprawdzam podpowiedzi synonimów, mogą wyniknąć z tego naprawdę zabawne rzeczy. Na przykład ostatnio pisałam w opowiadaniu, że bohaterka jest niezwykła. Kliknęłam prawy przycisk myszy, zastanawiając się, jaka może jeszcze być. Word podpowiedział mi „nieczęsta”. Zatem z uśmiechem na ustach napisałam, że bohaterka jest niezwykła i nieczęsta.

Bardzo lubię soczek Kubuś i miałam zwyczaj picia go codziennie. Jednak ostatnio zauważyłam, że Tarczyn zaczął produkować soki z nakrętkami, na których są napisane tak zwane przez nich „trudne słowa”. Dlatego zaczęłam kupować Tarczyn (możecie być dumni, że promocja tak podziałała).

Oto słowa, które już zebrałam:

356. Sygnatariusz – państwo zawierające umowę międzynarodową.

119. En bloc [wym. ą blok] – całkowicie, ogółem, ryczałtem.

287. Nobilitacja – podniesienia znaczenia kogoś lub czegoś.

372. Tyrada – długa mowa w podniosłym stylu, często pouczająca.

27. Alter ego – „drugie ja”, bliski przyjaciel, zaufany zastępca.

Oczywiście większość z tych słów wcale nie jest trudna. Ale to i tak miłe, zbieranie tych nakrętek.

Mam prośbę, czy jeśli ktoś z Was kupi Tarczyn ze słowem, którego jeszcze nie mam, mógłby mi napisać je w komentarzu?

Chcę zebrać wszystkie słowa z tych nakrętek.

Posted in Uncategorized | 8 Comments

Myślę, że powinnam pisać blog

Reksio umarł.

Był to pies śmieszny, troszkę żałosny i naiwny, a nawet, jak mawiała moja mama, pies głupi – lecz uczucie ciepłe wzbudzający. Tchórzliwość niesłychana go cechowała, gdy spotkał inne jakieś stworzenie czworonożne, od kundelka małego większe i groźniej warczące – kładł się na plecach, kapitulację bezwarunkową ogłaszając. Zawsze biegał radośnie i żywiołowo jakby coś niesłychanie ekscytującego się wokół niego działo. Niestety, smutna prawda jest taka, że jego życie było w gruncie rzeczy dość monotonne i ponure.

Był przede wszystkim bardzo samotny. Kiedyś miał żonę, Nurię rasy amstaf, brutalną co prawda wobec wiewiórek i niezbyt elegancką, a przede wszystkim – niesłychanie żarłoczną. Często odpychała go od jego miski na schodach stojącej i zjadała jego porcję obiadową. Lecz Reksio lubił ją bardzo mimo wszystko i pewien urok w niej dostrzegał. Mieli razem dziecko. Niestety zostało ono dość szybko oddane do naszych znajomych za symboliczną kwotę dziesięciu złotych.

Wkrótce po tym Nuria umarła. Właściwie została uduszona przez naszego sąsiada na moich oczach, co wspominam jako dość przykre zdarzenie.

Reksio został sam.

Miał w sobie coś melancholijnego. Całymi dniami patrzył w dal, jakby czegoś wzrokiem szukając i za czymś szczególnym tęskniąc. Próbował odnaleźć sens, wiecznie o wolności marzył i o swobodzie śnił.

Zawsze uciekał, gdy otwieraliśmy bramę, żeby wyjechać samochodem z podwórka. Trochę pospacerował, pozwiedzał lasy rozległe i tajemnicze, po czym wracał do domu, znów oddając się oniryzmowi smutnemu na jawie się rozgrywającemu.

Pewnego razu otworzyłam bramę i Reksio wybiegł zwyczajowo i radośnie. Już nigdy nie wrócił.

Szukaliśmy go i zastanawialiśmy się, gdzie może być.

Jakiś czas później brat mój szedł drogą betonową w stronę przystanku autobusowego zmierzając. Na działce siatką kategoryczną ogrodzonej, opuszczoną i furtki jakiejkolwiek pozbawionej, leżał nasz pies mały, martwy wyraźnie. Nie wiadomo skąd się tam wziął, lecz nie mieliśmy możliwości żadnej, by wydostać go stamtąd i blisko domu należycie pochować, miast zostawiając jego ciało na obczyźnie okrutnie.

Pomyślałam, nie chciałabym być na miejscu właścicieli działki, gdy tam przyjadą.

Ostatnio znalazłam książki, które pisałam, będąc dzieckiem. Na okładce jednej z nich widniał napis „Lektura dla klasy III”. Było to niesłychanie zabawne i urocze. Pierwszą z nich pisałam w wieku lat dziewięciu, o ile dobrze mi się zdaje. Opowiadała o przygodach Bingo, psa rasy Husky, który mieszkał nad morzem ze swoją panią, Marzenką i przeżywał różne, interesujące przygody. Pisałam raz w pierwszej, raz w trzeciej osobie liczby pojedynczej – raz w czasie przeszłym, a raz w teraźniejszym (co bynajmniej nie było zabiegiem celowym i wysoce wyrafinowanym artystycznie). Oto fragment.

Dziś będą 1 urodziny Binga. Gdy Marzenka o tym powiedziała, pomyślał: Ciekawe, co to są „urodziny”? Piesek ten po raz pierwszy je obchodził i nie wiedział co to jest. Chociaż był tylko psem, zaczęły się przygotowania do przyjęcia urodzinowego. Mama robiła torcik z kurczaka dla Binga, tata kupił 1 świeczkę, żeby Bingo ją zdmuchnął i ozdabiał salonik balonikami. Marzenka kupiła ciastka dla psów i czapeczki na przyjęcie. Gdy już się z tym uporała, powiedziała mi: Możesz zaprosić inne pieski. Nie wiedziałem wprawdzie, co to są urodziny, ale uznałem, że to musi być coś fajnego, skoro mają tam być moi koledzy, a w dodatku oni też nie wiedzą, co to jest. (…). W saloniku był ustawiony stół dla nich, na nim psie ciasteczka, kiełbasy, a na środku wielki tort z kurczaka. Przy każdym talerzyku jednorazowym (co by się stało gdyby jakiś się potłukł?) stała kolorowa czapeczka. Burek miał zieloną, Reks miał żółtą, Jeky miał a ja czerwoną z żółtym napisem „1”. To był znak, że kończę rok. Teraz już wiedziałem, co to urodziny. Każdy dostał kawałek torcika. Wymyślaliśmy różne gry. Było SUPER.

*

 

To już zaczyna być jakaś paranoja.

Tak po prostu nie może być.

Czy ja do reszty oszalałam?

Idę na przystanek, Bałuty stare obdarte i oplute przemierzam, mijając budynki grozę budzące, kołdrami kolorowymi i ręcznikami ozdobione. Słońce mnie denerwuje, świeci jak głupie, nie mogę normalnie świata obserwować niebezpiecznego. A jednak widzę rozjechanego na drodze gołębia, to obrzydliwe, odwracam wzrok i idę dalej wkurzona, nie wiedzieć czemu, lecz ewidentnie i niezaprzeczalnie.

Jestem wściekła. Nie wiem czy bardziej wściekła, czy przerażona i przytłoczona.

Rozwaliłabym to wszystko najchętniej.

Nie wiem, co się ze mną dzieje.

Podchodzi do mnie starszy mężczyzna. Ma zeza i kapelusz. Mówi:

-Przepraszam panią bardzo.

Nie zapowiada się dobrze, myślę.

-Ja nie chcę pani zaczepiać… Ja naprawdę nie chcę pani zaczepiać… Ale może widziała pani tamtą grubą panią, co przechodziła obok właśnie i jadła bułkę.

Faktycznie, krążyła w pobliżu taka, która do opisu pasowała.

Miała brudne dżinsy z rozszerzanymi nogawkami i kurtka czarna sportowa zakrywała jej tuszę znaczną. Pryszcze okropne twarz jej znaczyły i włosy tłuste odpychały oko. Bułkę jadła w sposób pewny i nieskrępowany, co naturalistycznie niezmiernie było i estetycznie okropne.

-Miałem ochotę jej powiedzieć – kontynuował mężczyzna – „Smacznego, ty gruba świnio”.

Bez słowa odeszłam.

 

Nie chcę czegoś takiego opisywać. Ile można… To przecież wiadome i oklepane.

Potrzeba mi czegoś innego. Przekonania kogoś, że bajka musi trwać. Kiedyś było to we mnie takie naturalne. Tak strasznie i mocno w to wierzyłam. Zaczęłam ostatnio szukać różnych sposobów. Słuchałam wesołej muzyki na przykład. Ale to nic nie pomaga. Pomaga chwilowo jak odpowiednie hormony mi się wydzielają.

Ostatnio jestem tak straszliwie przygnębiona, że zaczyna mnie to wnerwiać.

Wkurza mnie to, że wszystko dookoła mnie wkurza.

 Nie, koniec, tak nie będzie.

Bo to z mojej strony jakiś absurd.

 

 Śniło mi się, że idę z Marzenką na miasto i zatrzymujemy się przy sklepie z mięsem. Zamuwiła dla mnie ogromnego kurczaka z grila. Oblizywałem się przez sen, a ślina mi ciekła po pysku. Nagle kurczakowi urosły nogi i głowa i był teraz podobny do psa. Zaczął szczekać. Obudziłem się.

 

Posted in Uncategorized | 3 Comments